niedziela, 17 marca 2013

'Scuse me, what the fuck do you think I am?

Pearl Lynn
Nauczycielka muzyki
26 lat

Mam dziewięć lat.
Dostaję pierwszą gitarę. Nie potrafię zagrać kompletnie nic, a rodziców nie stać na lekcje, więc brzdąkam byle co, aż zaczynają boleć mnie palce. Zapisuję się na zajęcia muzyczne w szkole i podobno muszę dużo ćwiczyć, bo brak mi wrodzonego talentu. W to nie wątpię, ale mam zamiar wypruć sobie flaki dla tej gitary i śpiewu. Jestem chuda, mam krzywe kolana i kiepski wzrok. Idę do okulisty, a ten każe mi nosić okulary. Przez następne cztery lata męczę się z tymi piekielnymi brylami.


Mam trzynaście lat.
Występuję w szkolnym konkursie talentów i zdobywam drugie miejsce. W nagrodę dostaję bon na pięćdziesiąt funtów. Bez dłuższego rozmyślania idę z czekiem do fryzjera i ścinam włosy na krótko. Następnego dnia w szkole ktoś kradnie moje ubrania podczas lekcji wychowania fizycznego i muszę chodzić po korytarzach w stroju sportowym. Słyszę śmiechy i staram się je ignorować. W końcu jakiś chłopak krzyczy za mną, że kijem by mnie nie dotknął, bo pewnie wyhodowałam sobie fiuta. Pierwszy raz myślę, że faceci to świnie i po raz kolejny nie myśląc, odwracam się na pięcie i wszczynam bójkę. Nie idzie mi wcale tak dobrze jak podejrzewałam. Wracam do domu zawieszona w prawach ucznia, z rozciętą wargą i rozwalonym łukiem brwiowym. 

Mam czternaście lat. 
Na zajęcia z muzyki dołączyła do nas nowa dziewczyna. Ma na imię Carmen i gra na gitarze akustycznej. Od razu się ze sobą dogadujemy. Nie przeszkadzają jej moje krótkie włosy, wręcz przeciwnie, mówi że są seksowne. Chyba nikt jeszcze nie użył słowa seksowny, żeby mnie opisać. Idziemy po szkole na gorącą czekoladę, a potem zapraszam ją do siebie. Ona gra na moim basie, ja śpiewam i sama nie wiem kiedy zaczyna mi opowiadać o swoich planach i marzeniach. Chce grać w zespole i być sławna. Życzę jej szczęścia, bo w ten branży z pewnością się przyda. Odprowadzam ją do domu, bo zrobiło się ciemno i kiedy stoimy przed furtką, całuje mnie w usta. Stoję zamurowana, a ona dziękuje za wspaniałe popołudnie, po czym znika mi z oczu. Następnego dnia chcę z nią porozmawiać, ale nie przychodzi do szkoły i nie wiem, co robić. Na zajęciach zjawia się dopiero w piątek i jestem na nią wściekła, bo kazała mi tyle czekać. Wyjaśnia mi, że ma poważne problemy rodzinne i pyta czy nie mogłaby czasem zostać u mnie na noc. Wiem, że powinno mi być przykro, ale jestem cała w skowronkach. Carmen będzie spać u mnie w domu.

Mam piętnaście lat.
Jestem lesbijką i nie mam co do tego wątpliwości. Carmen uczy mnie rzeczy, o które wcześniej bym się nie podejrzewała i wiem, że czerwienię się o wiele za często. Jesteśmy razem od paru miesięcy i nigdy wcześniej nie byłam taka szczęśliwa. Moi rodzice ciągle pytają, co się ze mną dzieje, a ja nie mam pojęcia, co im odpowiedzieć. Boję się, że mnie znienawidzą. W końcu decyduję się na prawdę, a Carmen uprzedza, że gdyby wyrzucili mnie z domu to mogę zostać u niej. Jej wiara jest nieoceniona, doprawdy. Siedzę w salonie, z kubkiem gorącej herbaty i mówię na głos, że wolę dziewczyny i jestem homoseksualna. W odpowiedzi słyszę, że jestem za młoda na takie rzeczy. Zaczynamy się kłócić. Kończy się na tym, że w przyszłą sobotę mam zaprosić swoją koleżankę na obiad. Carmen nie jest zachwycona tym pomysłem, ale obiecuje przyjść. Ubieram nową koszulę i sama nie wiem czemu jestem tak zestresowana. Posiłek przebiega bez zarzutu. Dopiero później, kiedy zaczynamy rozmawiać pojawiają się problemy. Matka mówi o Bogu, ojciec o polityce, a ja siedzę cicho, słuchając jak moja dziewczyna walczy o moją orientację niczym lwica. Jestem z niej dumna, a siebie najchętniej zdzieliłabym po głowie szmatą. Proces akceptacji się rozpoczyna i staram się nie utrudniać go rodzicom.

Mam osiemnaście lat.
Carmen jedzie w trasę koncertową. Sama nie wiem jak to się stało, ale wyjeżdża na trzy miesiące. Nie chce skończyć collegu, bo liczy się tylko muzyka. Nie ja. Muzyka. Nie daję po sobie poznać, że mi źle i każę jej szybko do mnie wracać. Zdaję wszystkie egzaminy końcowe i dostaję się na wymarzoną uczelnię. Dzwonię do Carmen, żeby jej o tym powiedzieć, ale nie odbiera. Oddzwania do mnie po tygodniu i brzmi naprawdę dziwnie. Zaczynam się martwić, ale uspokaja mnie, że wszystko w porządku i niedługo się zobaczymy. Rzeczywiście, kilka dni później wraca z trasy koncertowej, ale nic nie jest w porządku i to nie jest już moja Carmen. Oczy ma podpuchnięte, ręce pokłute od igieł. Mówi mi, że czuje się lepiej niż kiedykolwiek i że też powinnam spróbować. Odpowiadam, że nie, ale i tak pozwalam wstrzyknąć sobie heroinę. Przez miesiąc wakacji obie odlatujemy, nie myśląc o konsekwencjach, uprawiając seks niemal ciągle i jedząc paskudne żarcie. Dzwoni telefon. Moja matka nie żyje i nagle narkotyki przestają mieć jakąkolwiek moc. Nie chcę już brać i nie chcę, żeby Carmen brała, ale ona ma to gdzieś, dalej to robi. We wrześniu zaczynam studia, a w międzyczasie opiekuję się moją dziewczyną, która wciąż mówi, że jest w porządku i nie jest uzależniona.

Mam dwadzieścia lat.
Stawiam Carmen ultimatum. Albo ja, albo narkotyki. Wybiera mnie i pozwala zaciągnąć się na odwyk. Kilka dni później dostaję telefon, że wypisała się na własne żądanie. Znajduję ją jakiś czas później, naćpaną w domu swojego dilera. Jestem pewna, że ją pieprzył, bo wygląda tak jakby widział ją nago. Staram się o tym nie myśleć. Zabieram ją do domu i płaczę niemal całą noc. Ponawiam swoje ultimatum, ale tym razem słyszę zupełnie inną odpowiedź. Mam spierdalać, bo nie wiem, co dla niej dobre. Ani mi się śni spierdalanie gdziekolwiek, więc zostaję i pozwalam się jej obrażać do samego rana. Następnego dnia, kiedy wracam z uczelni, zastaję ją nieprzytomną na podłodze w kuchni. Dzwonię na pogotowie. W szpitalu, mówią mi, że zrobili co w ich mocy, ale organizm Carmen był zbyt wymęczony. Czuję jak rozpadam się na miliony małych kawałków. Nie mogę wydać z siebie słowa. Pozwalają zobaczyć mi ją ostatni raz. Jest blada i spokojna. Tak jak każdy inny trup. Wychodzę ze szpitala i idę do klubu. Bez problemu podrywam jakąś małolatę, a potem pieprzę się z nią aż brak mi sił. Kilka dni później odbywa się pogrzeb, a ja nie mam żadnych czystych ubrań. Zakładam więc poplamioną koszulkę i robię nią furorę. Żałuję tylko, że Carmen nie może mnie zobaczyć, miałaby niezły ubaw.

Mam dwadzieścia sześć lat.
Skończyłam studia i uczę w szkole dla dziewcząt. Nie ma już zagubionej Pearl, która to czerwieni się i pozwala sobą pomiatać. Jestem całkiem niezła w zapominaniu, bo Carmen pojawia się w moich myślach tylko raz na kilka dni, co jest niesamowitym sukcesem. Podobno mam złe podejście do uczniów, ale uczę muzyki więc liczy się moje podejście do instrumentu. Mam cięty język, nie pasuję do tego miejsca, do mundurków i wymalowanych panienek. Dominuję i nie daję sobą rządzić. Raz na jakiś czas sięgam po heroinę, jakby miało to upamiętnić śmierć Carmen. Na co dzień jednak wystarczają mi fajki, a bourbon robi za niezłe dopełnienie całości. Tak, jestem zdemoralizowaną kobietą. Tak, niewiele ze mnie z człowieka. Tak, jestem wrakiem, ale czy istnieją ludzie idealni?

***
Okej, Pearl jest i sama nie wiem, co o niej myśleć. Na zdjęciu Paula Zago, w tytule cytuję Briana K. Wątki owszem - te długie, zakręcone i pełne nieporozumień - ale czymś prostszym też nie pogardzę. Byle nie ma pięć zdań bo zatłukę. Odpisuję w dziwnej kolejności, w zależności od humoru. Zaczynam - wymyślasz i odwrotnie. Coś jeszcze? Ach tak, żeby tradycji stało się zadość: have fun! 

5 komentarzy:

  1. [Nareeeeszic jesteś, nudzić mi się zaczynało ^^ Jakieś pomysły na wątek/powiązania masz czy ja mam nad czymś myśleć?]

    Nadia

    OdpowiedzUsuń
  2. [Poprawione i na wąteczek zapraszam ;)]

    /Katyusha

    OdpowiedzUsuń
  3. [Katya ;) I mam pomysł - jeśli Pearl uczy muzyki, to Kasia się bardzo chętnie umówi na prywatne lekcje bycia ogarniętym muzycznie, bo może i ona skończyła tę szkołę muzyczną i zagrała na tych skrzypcach na koncercie dyplomowym, ale jeśli chodzi o słuch muzyczny, to nawet jej brat ma go więcej :D]

    /Katyusha

    OdpowiedzUsuń
  4. Witam i życzę miłej zabawy na blogu:)

    OdpowiedzUsuń